Ona jest jak niedokończony wiersz stwarzam ją w sobie wciąż na nowo by chłonąć jej piękno. Pamiętam dokładnie tamto popołudnie gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Miała wtedy na sobie czarny płaszcz sięgający po kolana , ciepłe buty i skórzane czarne rękawiczki. Wiatr rozwiewał jej płomieniste włosy wykradzione z obrazów Rubensa układając starannie każdy z kosmyków na miękkim kołnierzu. Trzymała w dłoni książkę kupioną w pobliskiej księgarni. Zaciskając na niej swoje blade dłonie wodziła wzrokiem po mokrej od wiosennego deszczu alejce . Zaciekawił mnie sposób w jaki poruszała swoim ciałem. Moją uwagę przykuła ta wyczuwalna w każdym jej ruchu iście arystokratyczna gracja. Widać to było zwłaszcza wtedy gdy odgarniała pnącza rudych falujących włosów opadających majestatycznie na jej jaspisowe policzki. Siedząc na ławce wpatrywałem się w nią by nie uronić ani kropli z tego cudnego obrazu. Ulotność tej chwili była tak fantastyczna, iż prawie oniemiały pozwoliłbym jej zniknąć, lecz w porę zerwałem się na równe nogi. Moje serce lekko przyspieszyło tempa przecież miałem spotkać się z obiektem mojej fascynacji, obiektem ciągle bezimiennym i nieoswojonym. W mojej głowie przewijały się tysiące słów którymi mógłbym otworzyć naszą rozmowę, byleby tylko nie zacząć od banalnego „cześć my chyba się znamy”. Każdy krok, każdy kolejny oddech zbliżał mnie do poznania tajemnicy jej imienia. Wierzyłem mocno, że musi mieć imię, które pasuje do tego jak wygląda, jak pachnie, jak się porusza. Erato, Euterpe, Klio, więcej muz nie pamiętam, cholera ona musi w sobie mieć coś wyjątkowego. W teatrze mojej duszy właśnie rozpoczął się spektakl, serce wybija rytm, sumą oddechów mierze swoje pragnienia. Popatrz na mnie, dotknij lekka smugą wiatru moich oczu popatrz jestem już tak blisko……